Malowane Bożym pędzlem

Zostaliśmy sami – ja i mój nastoletni syn. Mąż z córką wyjechali w góry. Nie planowałam tego naszego wspólnego pobytu w pustym mieszkaniu, po prostu tak wyszło. Od roku borykamy się z wielkimi problemami z synem. Nie wiemy, co się dzieje. Psycholodzy mówią nam, byśmy pogrzebali w sobie, bo pewnie gdzieś głęboko jest ukryty nasz problem. Szukamy, szukamy… i nic. Mam wrażenie, że wpadliśmy w jakąś ciemną dolinę, z której nie widać wyjścia.

Pierwszego dnia naszego wspólnego czasu mój syn postanowił, że pomaluje swój pokój. Ściany były już bardzo brudne, więc ucieszyłam się jego pomysłem. W duchu pomyślałam, że mój plan na te sześć dni to „przemalować naszą relację”. Syn chciał zakleić dziury, wyrównać ściany, umyć i odnowić sufit, a całość pokryć zieloną farbą. Ja chciałam zakleić brak porozumienia, chciałam wzajemnych przeprosin za niepotrzebne emocje, może wspólnej modlitwy, albo chociaż rozmowy o nas, o rodzinie, o Bogu… a wszystko pragnęłam pokryć farbą miłości.

Powiedziałam mu, że to jest jego tydzień. Gotowałam tak, by sprawić mu przyjemność, pomagałam w pracy, a wieczorami zapraszałam na oglądanie filmów. Zajadaliśmy się owocami i zatapialiśmy w rozmyślaniach. Udało nam się trochę porozmawiać o ważnych rzeczach. Może nawet namierzyłam przyczynę problemu, albo chociaż jego części. Poczułam nowy przypływ nadziei.

To ciekawe, bo jeszcze miesiąc temu napisałam: „Czuję się bezsilna... Mam wrażenie, że straciłam wszystko, straciłam SWOJE życie i już nigdy nic nie będzie takie samo. Czuję niemoc, nie mogę stworzyć nic nowego. Ulotniła się moja kreatywność. Ostatkiem sił wykonuję swoje codzienne obowiązki. Wprawdzie udaje mi się trzymać fason, uśmiechać się, przyjaźnie rozmawiać z innymi i nawet szczerze interesować się ich problemami, w środku jednak czuję pustkę i ból. Rodzinne problemy przysłoniły mi cały świat. Wołam do Boga i chronię się w Jego ramionach. To koi, ale na krótko”.

Czułam wtedy, że z powodu syna moje życie rozpada się na drobne kawałki. Dziś jednak widzę, że chociaż ta trudna sytuacja trwa już tak długo, to w Bogu zawsze jest nadzieja. Chciałam naprawić i przemalować to, co uległo zniszczeniu, utraciło swoje barwy. Jestem przekonana, że Bóg widział moje starania. Jednak to przede wszystkim On jest malarzem mojego życia. W Jego ręce jest pędzel. To On decyduje, w którym momencie jakich barw użyć.

Aby stworzyć piękny obraz, korzysta się nie tylko z jasnych barw i intensywnych kolorów. Jestem właśnie w takim momencie swojego życia, kiedy Bóg ze swej palety wybiera szare, smutne kolory. Te barwy są potrzebne, aby powstało piękne, harmonijne dzieło. Pamięć o tym niezwykle mi pomaga.

Proszę Boga, aby pozwolił mi spojrzeć ze swojej perspektywy na problemy, jakich doświadczam, aby pomagał mi pamiętać, że wszystko co mnie spotyka w życiu ma sens, choć czasami ukryty. Tego też życzę Tobie droga czytelniczko.

Agnieszka W.