Krok po kroku

„Panie, zmiłuj się nad nami, w Tobie mamy nadzieję! Bądź naszym ramieniem każdego poranka i naszym zbawieniem w czas niedoli.” (Księga Izajasza 33 rozdział 2 werset)

Tak właśnie postrzegam swoje życie w ostatnich latach. Idę, wsparta na ramieniu Pana, a On prowadzi mnie, krok po kroku i stawia przed kolejnymi drzwiami, dając wybór i zachęcając jednocześnie, bym zdecydowała się przez nie przejść. Wybór jest trudny. Czy mogę Mu zaufać? To, co nieznane napawa lękiem. Ale gdy w końcu odważam się otworzyć te drzwi i przejść przez nie razem z Nim, wtedy to, co odkrywam po drugiej stronie, całkowicie mnie zaskakuje.

Wszystko zaczęło się w 2008 roku, kiedy u mojego męża Marka zdiagnozowano raka trzustki. W pierwszych dniach po diagnozie, kiedy wciąż jeszcze byliśmy w szoku, ktoś dla pocieszenia powiedział: „Pamiętajcie tylko, że Bóg jest dobry!” Poczułam, jak wzbiera we mnie złość. Pomyślałam: „Jak może być dobry, skoro robi coś tak strasznego? Uderza w to, co jest dla mnie najważniejsze. Przecież On wie, że najbardziej w życiu boję się tego, że stracę Marka. A tu taka choroba, od początku nie dająca nadziei.” Chociaż wiele lat wcześniej zawierzyłam Bogu swoje życie, znałam Go i wierzyłam, że jest dobry, to jednak w tym strachu i bólu pojawiło się przyszło zwątpienie.

Te słowa o Bożej dobroci wciąż odbijały się echem w moim umyśle. Nie dawały mi spokoju. Wiedziałam, że Bóg stawia przede mną wybór. Muszę podjąć decyzję – co będę o Nim myśleć?

Nie zdawałam sobie wtedy sprawy z tego, jak ważne jest to pytanie. Czy rzeczywiście Bóg jest dobry? Czy mogę na Nim polegać? Bo jak można ufać komuś, o kim myślimy, że jest zły i chce nas skrzywdzić. Jednak dzięki Bożej łasce, wbrew wszystkiemu, postanowiłam ufać Jego dobroci i miłości. Wbrew swoim emocjom, wbrew okolicznościom trzymałam się z całej siły tego, co o Nim wiedziałam i o czym przekonałam się już wcześniej. Uchwyciłam się Jego obietnic i Jego Słowa. Wiedziałam, że bez Niego zginę.

Bóg nie uzdrowił Marka. Ale za tymi drzwiami zaufania dał mi siłę potrzebną do tego, by przeżyć kolejne miesiące choroby. Był tak bliski, tak pocieszający i... działał jak anestezjolog. Za każdym razem, kiedy wydawało mi się, że już więcej nie zniosę, przynosił spokój i ukojenie. Wlewał nadzieję, nawet kiedy lekarze mówili, że nie ma już nadziei.

Marek walczył z chorobą prawie rok. Jego stan pogarszał się z miesiąca na miesiąc. A Bóg wskazywał mi nowe drzwi, nowy wybór. Na różne sposoby pytał mnie, czy jestem gotowa poddać się Jego woli, przyjąć wszystkie Jego rozwiązania, nawet jeśli oznaczałoby to utratę Marka.

A ja nie byłam w stanie tego zrobić. Bóg jednak był cierpliwy i tak dobry. Kiedy ja przez całe miesiące przekonywałam Go, że wiem, co jest dla nas najlepsze, On na różne sposoby wzywał mnie, abym zaufała Jemu i Jego planom wobec nas.

Ostatecznym, Bożym argumentem dla mnie była historia, którą przeczytałam w książce Jamesa Dobsona „Gdy Bóg traci sens”. Autor opisywał historię swojego trzyletniego synka, którego trzeba było poddać bolesnemu zabiegowi. Nie można było zastosować znieczulenia, dlatego lekarz polecił ojcu bardzo mocno przytrzymać dziecko. Dobson pisał, że był to jeden z najtrudniejszych momentów dla niego jako ojca. Chłopiec krzyczał tak, że aż ochrypł. Ale najbardziej bolesny był wyraz jego twarzy. Nie wypowiedział ani jednego słowa, ale jego oczy mówiły: „Tatusiu! Dlaczego to robisz? Przecież mnie kochasz! Jak możesz robić coś takiego! Błagam cię, przestań! To boli!” A ojciec nie był w stanie wytłumaczyć mu, że to cierpienie jest konieczne. On tylko stara się mu pomóc i właśnie miłość każe mu tak mocno go trzymać. Gdyby mógł, chętnie zastąpiłby go na tym stole, a tymczasem był jak zdrajca, zadający mu ból.

Przeczytałam tę historię i zaczęłam płakać. To było o mnie. Czułam się jak to dziecko. Ja też wołałam do Boga: „Dlaczego mi to robisz, Panie? Przecież zaufałam Ci! Myślałam, że mnie kochasz! To boli!” Dzięki tej historii Bóg pozwolił mi zrozumieć, jak bardzo mi współczuje i jak cierpi razem ze mną – że On naprawdę wie, przez co przechodzę. Jednak z jakiegoś powodu, którego nie rozumiem, to cierpienie i ból są potrzebne. I chociaż wszystko mówi mi, że strata Marka jest najgorszą rzeczą, jaka może mi się przytrafić, to przecież On wie najlepiej, bo widzi dużo szerzej i dalej.

Poczułam, jakby coś we mnie pękło i pojawiła się akceptacja. Byłam w stanie powiedzieć: „Tak. Niech się dzieje wola Twoja. Pomimo, że nie wiem wszystkiego – ufam Ci, że jesteś dobry i chcesz dla nas tego, co najlepsze.”

Wiem, że Bóg nie potrzebował mojej zgody. Przecież On jest Bogiem! Ale wiedział, jak ważna jest ta zgoda dla mnie. Kiedy już byłam w stanie ją wyrazić, ogarnął mnie niezwykły spokój, który ciągle jest dla mnie cudem. Kilka dni później Marek zmarł, ale za tymi drzwiami akceptacji Bożej woli odnalazłam poczucie bezpieczeństwa. Wiedziałam, że Bóg ma wszystko pod kontrolą, że wie, co robi i zatroszczy się o wszystko. Zamiast walki, rozgoryczenia i pretensji – czułam bliskość Boga i ukojenie.

Kiedy Marek odszedł do Pana, ktoś powiedział mi: „Myśl o tych wszystkich dobrych latach, które spędziliście razem.” To kolejne słowa, przez które Bóg pokazywał mi nowy wybór, nowe drzwi. Czym będę żyła – śmiercią, przeszłością? Tym, co utraciłam, czego już nigdy nie będę miała? Czy też spojrzę na swoją sytuację z szerszej, Bożej perspektywy? Wybiorę wdzięczność czy rozgoryczenie?

Życie po stracie jest o wiele gorsze, ale też o wiele lepsze. To wielki paradoks. Sama nigdy nie wybrałabym tego doświadczenia. A jednak... Chociaż ta strata jest tak bolesna, to wiem, że gdyby jej nie było, nie doznałabym tyle dobra od Boga, Jego pociechy i szczególnej bliskości.

Gdyby nie ten ból, nie doceniałabym życia tak bardzo, jak teraz. Jest ono kruche i ulotne, a dobro i szczęście nie są niczym oczywistym. Dziś jesteśmy, a jutro może nas już nie być. Każdy dzień jest darem i tak chcemy go odbierać.

Wiele było trudnych chwil w przeciągu ostatnich kilku lat. Wciąż mam poczucie ogromnej straty. Tyle już razy wypłakiwałam się w Boży rękaw i mówiłam, że nie dam rady, że to mnie przerasta. A On mi na to pozwalał, a potem mówił: „Wstań i pamiętaj – jeden krok na raz”. Wtedy wiem, że muszę wstać, oprzeć się na Jego ramieniu i znów, z determinacją, całkiem świadomie otwierać po kolei drzwi - zaufania, akceptacji, poddania Jego woli i wdzięczności. A potem wejść razem z Nim w przestrzeń błogosławieństwa, która się za nimi kryje.