Kartki z pamiętnika

20 marca 2005

Wiosna! Nareszcie! Nie mogłam się już doczekać cieplejszych dni. Zapach ziemi i kwiatów upaja. Od razu chce się bardziej żyć. Niedługo Święta. Wielkanoc.

Dziś rano czytałam fragment z 12 rozdziału Ewangelii Jana. O ziarnie, które dopiero, gdy wpadnie w ziemię i obumrze, może wydać nowe życie. O tym, że: „ Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne.” Trudno to pojąć!

A zaraz potem sam Jezus stoi zatrwożony. Przerażony perspektywą własnej śmierci. To takie ludzkie! Nikt nie chce umierać w wieku trzydziestu kilku lat, a tym bardziej śmiercią krzyżową.

Dziękuję Ci, Panie Jezu, że Twoja miłość do nas była silniejsza niż strach.

Dziwne! Znów czuję ten niepokój, który towarzyszy mi od dłuższego czasu i kompletnie nie wiem dlaczego?

14 grudnia 2005

Szok! A więc potwierdziły się moje najgorsze obawy!

Wczoraj w Centrum Onkologii odebrałam wyniki biopsji. Usłyszałam diagnozę i nogi się pode mną ugięły. Powoli dociera do mnie to, co mówił chirurg. Nowotwór złośliwy, stopień złośliwości duży, jego komórki krążą w krwioobiegu. Wykryto cztery guzki rozmieszczone w odległości dziewięciu centymetrów od siebie. Lekarze traktują to jako dziewięciocentymetrowy nowotwór. Czwarty stopień. Leczenie drastyczne: jak najszybciej operacja, potem chemioterapia, radioterapia i hormonoterapia.

Nie wiem, jak dowlokłam się do domu. Czuję, jakby cały świat wirował, a ja nie umiem go zatrzymać. Jestem oszołomiona i przerażona. Staram się nie płakać przy dzieciach. Nie chcę mówić im o tym przed Świętami. Muszę ochłonąć. Dobrze się przygotować. Nie wiem, jak im to powiedzieć?!

Boże, daj mi siły i mądrość, abym mogła przez to przejść. Cokolwiek przyniesie przyszłość, chcę Ci ufać. W Twoje ręce powierzam siebie i moją rodzinę... Wiem, że nas kochasz.

6 kwietnia 2006

To już trzeci raz dostałam to czerwone paskudztwo. Czuję ciągle metaliczny, słony posmak w ustach. Wstrętne uczucie i nie mogę się go pozbyć.

Walczę ze sobą i zbieram siły, aby wykonać jakikolwiek ruch. Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, że oddychanie może tak męczyć, że w ogóle jest wysiłkiem. Podobnie jest z jedzeniem. No ale to mam teraz z głowy. Nie mogę jeść. Mogę tylko spać i śnić. Na okrągło, jak śpiąca królewna. Wszystko mi się zaciera. Tracę poczucie czasu. Żałuję bardzo, że nie mogę czytać. Niekiedy modlę się w półśnie. Rozmyślam. Nachodzą mnie trudne pytania. Ostatnio bardzo ważne!

Z niepokojem badam swoje serce. Boże! Czy nie chowam urazy? Niewypowiedzianego żalu? Czy pozwolę Ci zrobić z moim życiem, co zechcesz?

Wierzę, że cokolwiek postanowisz, to zatroszczysz się o mnie i o moich bliskich. Ogarnia mnie niewysłowiony spokój. Czuję, że mogę położyć się i płynąć z nurtem, nie walcząc z nim.

21 grudnia 2012

Dziś przyszła na świat moja córeczka. To cud!

Po moim leczeniu było to tak mało prawdopodobne, że podczas ostatniego badania profilaktycznego w Centrum Onkologii nawet lekarze i pielęgniarki przyszli obejrzeć mój, spory już brzuszek. Każdy w tym miejscu potrzebuje NADZIEI. Oni też. Mogą potem opowiadać innym pacjentkom, że takie rzeczy się zdarzają. Zawsze trzeba mieć nadzieję. Ona jest jak lekarstwo.

Przez wiele lat tematem wiodącym była choroba, lęk i śmierć. A teraz rozpoczął się nowy etap. Nazywa się ŻYCIE! Cieszę się i dziękuję Ci za to, Boże.

Każdą trudną sytuację można traktować jako ciężar, który chce nas przygnieść i zniszczyć, albo … jako okazję do rozwoju. Sięgania wyżej. Odkrywania czegoś nowego o sobie, świecie, o Bogu. W czasie choroby uczyłam się oddawać Mu kontrolę nad tym, co czeka mnie i moją rodzinę w przyszłości. Przechodzić bolesny proces godzenia się ze stratami, ale i otwierania na to, czego nie da się przewidzieć. To prawdziwa była szkoła zaufania, a teraz...

Zaczynam od nowa!

Katarzyna Masewicz